Legenda o powstaniu Szpitala w Ameryce

 

Legenda o powstaniu Szpitala

 

Przedstawiamy „Legendę o powstaniu Szpitala w Ameryce”, która powstała podczas realizacji projektu „Dziedzictwo kulturowe Warmii i Mazur”.   Pacjenci uczestniczący w projekcie zostali zapoznani z historią naszego regionu, poznali legendy i baśnie związane z okolicami Szpitala, a zachęceni przez nauczycieli pisali również własne legendy.

Autorką legendy jest Anna Sieńkowska, którą pozdrawiamy:)

    

 

Legenda o powstaniu Szpitala w Ameryce

Dawno temu, gdzie dzisiaj stoi szpital dla dzieci w Ameryce, stała chatka, w której mieszkała pewna dziewczyna, co się Marysią zwała. Miała piękne, jasne włosy sięgające do pasa, błękitne oczy, niewinną buzie oraz jedną wspaniałą moc – potrafiła uzdrawiać ludzi.

Chodziła ona ze swoim czarnym psem Maksem nad rzekę Pasłękę, gdzie plotła z kwiatów wianki, a owe wianki założone na głowę chorego odpędzały wszelkie choroby. Ludzie jednak mówili, że szatan ją tutaj przysłał i uzdrowionym coś się złego stanie, a jej pies jest samym Belzebubem. Widząc ją zawsze mówili  „ Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. Jednakże nie wszystko było błędnymi osądzeniami… Bo nikt nie wiedział, że w czternaste urodziny diabełz gryżlińskich mokradeł odwiedził Marysieńkę i zaproponował jej układ: jeżeli wyjdzie za niego za mąż w dniu osiemnastych urodzin, spełni jedno jej życzenie.

Marysia jako dobra dziewczyna, zgodziła się, pod warunkiem, że mogła uleczać ludzi. Od tego dnia wciąż towarzyszył jej czarny pies. Diabeł myślał, że dziewczyna jest głupia, i się nie domyśli, że gdy skończy osiemnaście lat i pójdzie z nim rządzić piekłem, to zostawi tutaj wieczne cierpienie i choroby. Lecz Marysia była o wiele mądrzejsza od diabła z widłami, i w przeddzień swoich osiemnastych urodzin, jeszcze na wolności – wstała o świcie, by wykonać mnóstwo wianków. Było ich tak dużo, że aż sam jej przyszły mąż zastanawiał się, po co dziewczynie tyle. Gdy o zmierzchu miała torby pełne splecionych kwiatów, udała się na łąkę w pobliży jeziora Pasłęk. Rozkładała na ziemi wianki jeden za drugim, a Maks czujnie za nią chodził, próbując wywęszyć co ona planuje.

Skończyła chwilę przed północą, a kiedy zegar wybił godzinę dwunastą, niewinny zwierzak zmienił się we włochatego potwora, który chwycił Marysieńkę za dłoń i pociągnął do królestwa piekieł. Natomiast kwiaty rok po roku powoli wrastały w glebę, a po wielu stuleciach wybudowano tu szpital który, jak wianki Marysi leczy dzisiaj małych i trochę większych pacjentów ze skoliozy, alergii i innych dolegliwości.